czwartek, 31 stycznia 2013

Koniec miesiąca z ...

Zdaję sobie sprawę, że po obejrzeniu czternastu filmów z Johnym Deppem, można wciąż odczuwać niedosyt. W końcu zagrał on w ponad pięćdziesięciu filmach, a zaprezentowane przeze mnie filmy nie stanowią nawet połowy jego dorobku artystycznego. Zarówno te dobre, jak i te złe, o których zapewne Johnny Depp wolałby zapomnieć. Po przyjściu na świat jego dzieci, przyznał on, że wolałby od tej pory grać tylko w takich filmach, na które nie będzie się wstydził zabrać do kina swoich pociech. Być może dlatego z takim entuzjazmem przystąpił do realizacji projektu Piraci z Karaibów, gdzie w czterech kolejnych częściach wcielał się w postać Jacka Sparrowa, kapitana 'Czarnej Perły', który wplątuje się w przygody z każdą kolejną częścią ciekawsze.

Klątwa Czarnej Perły



 Skrzynia umarlaka


 


Na krańcu świata




Na nieznanych wodach




Uznaje się, że to właśnie rola Sparrowa zapewniła Deppowi sukces, sławę i pieniądze, krążyły bowiem pogłoski, że za rolę w czwartej części Piratów... aktor otrzymał rekordową gażę w wysokości sześćdziesięciu czterech milionów dolarów. Sympatycznego i zwariowanego pirata nie sposób nie lubić, osobiście byłam świadkiem seansu tego filmu w ramach nocnego maratonu, gdzie pierwsze pojawienie się Jacka Sparrowa na ekranie w początkowych minutach filmu przywitane zostało burzliwymi i wywołującymi dreszcze oklaskami z widowni. Niesłusznie mówi się, że Depp manierę kapitana Sparrowa z Piratów... przeniósł do swoich następnych filmów, ponieważ każdy kto widział przynajmniej dwa lub trzy jego wcześniejsze obrazy wie, że owa maniera, dotycząca mimiki twarzy czy gestów czy mówienia półgębkiem, nie jest manierą kapitana Sparrowa. Jest manierą Johnny'ego Deppa. To jest właśnie styl, jaki aktor kształtuje od dwudziestu dziewięciu lat, tyle bowiem lat można go podziwiać na ekranach kin.

Spośród tych jego filmów, których nie zdążyłam bądź nie chciałam obejrzeć, zwróciłabym szczególną uwagę na cztery z nich. Każdy widziałam wcześniej, w miesiącu styczniu chciałam jednak skupić się na innych obrazach.

Pierwszy z nich to Dziewiąte wrota, nakręcone przez Romana Polańskiego na podstawie powieści Artura Perez-Reverte Klub Dumas, gdzie Depp wciela się w postać bibliotekarza mającego odnaleźć zaginione egzemplarze księgi do satanistycznych rytuałów. Partneruje mu ukochana Polańskiego, Emmanuelle Seigner, a smaku dodaje fakt, że fascynacja ciemną stroną świata zapoczątkowana Nożem w wodzie i Dzieckiem Rosemary, pozostała w Polańskim mimo przeżytej tragedii.

Drugi z nich to Pewnego razu w Meksyku: Desperado 2. Johnny Depp gra tu agenta CIA Sandsa, ścigającego El Mariachi i całą gangsterską siatkę. Bohaterski, choć okrutny agent marnie skończy, stanie się jednak symbolem walki do samego końca.

Trzeci film to Sekretne okno. Przyznaję, film jest beznadziejny. Główny bohater grany przez Deppa lubi snuć się po ekranie w szlafroku, z chyba nigdy nie czesanymi włosami i knuje intrygę mającą na celu oszukanie byłej żony i pozbycie się natręta oskarżającego go o plagiat. A mimo to, warto go obejrzeć, bo chyba tylko i wyłącznie dzięki Deppowi, to oglądanie staje się znośniejsze.

Ostatni film wprost uwielbiam, ale to chyba dlatego, że uwielbieniem darzę wszystkie filmy gangsterskie. Wrogowie publiczni, choć tytuł wskazuje nam liczbę mnogą, jest przede wszystkim historią ostatnich lat życia najsłynniejszego bodajże gangstera lat 30-tych, Johna Dillingera. Razem z nim przemierzamy Amerykę rabując banki i rozkochując w sobie ukochaną kobietę. Do tego stopnia, że pod koniec filmu lubimy Dillingera i to jemu kibicujemy, nie zaś sprawiedliwym w postaci agentów FBI.

Johnny Depp nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, jeśli chodzi o swoją karierę filmową. Niedawno potwierdzono, że w 2015 roku planowana jest piąta część Piratów..., wcześniej jednak będzie można zobaczyć Deppa w takich filmach jak Rex Mundi, Jeździec znikąd, Shantaram, czy In the Hand of Dante. Być może, że tylko ja jestem ciekawa, czym Johnny Depp, kończący w tym roku pięćdziesiąt lat, jeszcze nas zaskoczy.


Alicja w Krainie Czarów

Nie po raz pierwszy zdarzyło się Deppowi ukraść film głównemu bohaterowi. Kolejny z zakręconych filmów Burtona jest fantazją na temat fantazji, a dokładniej rzecz ujmując, opowiada o dalszych losach Alicji, która w wieku dziewiętnastu lat powraca do Krainy Czarów, by zdjąć z tronu okrutną Królową Kier. Alicja (w tej roli Mia Wasikowska) nie pamięta nic ze swego poprzedniego pobytu, co napawa mieszkańców Krainy przerażeniem. Oto bohaterka, w której pokładali wielkie nadzieje, nie pamięta nawet, że oni w ogóle istnieją. Przekonana, że wciąż śni, brnie przez Krainę Czarów napotykając coraz dziwaczniejsze postacie.


Szalony Kapelusznik, w postać którego wcielił się Depp właśnie, stanie, a właściwie zasiądzie na jej drodze, przy stole przygotowanym do picia popołudniowej herbaty. Błyskając zielonymi, kocimi wręcz oczami, zaoferuje swoją pomoc w dostaniu się do Białej Królowej i pomoże jej uciec przed ścigającym ją Skazeuszem i rycerzami Czerwonej Królowej. Być może, gdyby nie podanie obsady, mało kto domyśliłby się który z hollywoodzkich aktorów wciela się w postać Kapelusznika. Nie poznasz, widzu, brązowych oczu, a ciemna czupryna skrywa się pod burzą pomarańczowych włosów. Wprawne ucho wychwyci specyficzny głos Johnny'ego, ci jednak, którzy skazani zostali na wersję z dubbingiem (gdzie głosu Kapelusznikowi użycza Cezary Pazura), powinni cieszyć się, że Burton nie wpadł na pomysł, by informację tę zataić.

Pojedynek Białej Królowej z Królową Kier jest właściwie pojedynkiem na miny i maniery, pojedynkiem charakterów, a w rolach obu koronowanych głów zobaczyć możemy Anne Hathaway (Biała Królowa) i Helenę Bonham Carter (Królowa Kier). Wierny Białej Królowej Kapelusznik przez chwilę służy też na dworze Królowej Kier, służbę tę jednak wykorzystuje, by pomóc Alicji, a przypłaca skazaniem na ścięcie.

Moim zdaniem, Depp jako Szalony Kapelusznik do tego stopnia zawładnął tym filmem, że pozostaje jedyną postacią, może poza Kotem z Cheshire, która jako pierwsza się z obrazem tym kojarzy.

- Czyżbym oszalał?
- Tak, na to wygląda. Odbiło ci, zbzikowałeś. Ale coś ci powiem w sekrecie: Tylko wariaci są coś warci.


P.S. Zapraszam na zakończenie miesiąca z Johnnym Deppem :)
 

Sweeney Todd

Johnny Depp lubi współpracę z Timem Burtonem. Z wzajemnością. To z nim stworzył swoje najbardziej ekstrawaganckie i niekonwencjonalne postaci, m.in. Edwarda Nożycorękiego, Eda Wooda, Ichabode'a Crane'a czy Willy'ego Wonkę. Tym razem Burton sięgnął po słynny broadwayowski musical i przy pomocy doborowej obsady przeniósł go na ekrany kin, w głównej roli Sweeney Todda obsadzając swego ulubieńca.

Sweeney Todd był kiedyś młodym i szczęśliwym małżonkiem, któremu niedawno urodziła się córeczka. Jego szczęście zostało zniszczone, gdy łasy na jego żonę sędzia oskarża go niesłusznie i zsyła na wygnanie. Po latach wraca do Londynu, a przepełniony goryczą i nienawiścią, marzy jedynie o zemście. W tym celu wynajmuje swój dawny zakład, pod którym urocza Mrs. Lovett (niesamowita Helena Bonham Carter) prowadzi piekarnię, i rozpoczyna swój demoniczny proceder. Nieustannie pragnie zgładzenia samego sędziego i odzyskania córki, która znajduje się pod opieką despoty.

Jak na musical przystało, film przeplatają piosenki i to piosenki niewiarygodne, jak choćby wykonywana przez Sweeney Todda Epiphany. Kiedy dowiedziałam się, że utwory w filmie wykonywane są przez aktorów, nie zaś przez profesjonalnych wokalistów, notowania musicalu wzrosły, podobnie jak sympatia do Johnny'ego Deppa. Całkiem dobrze mu to śpiewanie wychodzi, co w sumie nie powinno dziwić, jeśli się wie, że był on gitarzystą, rzadziej wokalistą w kilku rockowych zespołach, zanim został aktorem i w czasie kariery aktorskiej również. Jeśli się tego nie wie, cóż, zaskoczenie tym większe. I przyjemniejsze.

Stworzona przez Deppa kreacja Sweeney Todda jest naprawdę demoniczna, zupełnie w burtonowskim stylu. Zwichrzone włosy z jednym siwym pasmem, znamionującym traumatyczne przeżycia, których bohater doświadczył, szalone spojrzenie, a jak śpiewa... Sami posłuchajcie.


P.S. Ostatnim filmem w tym miesiącu będzie ... Alicja w Krainie Czarów ;-)

Marzyciel

Niewątpliwie jest to jeden z moich ulubionych filmów z Johnnym Deppem w roli głównej. Finding Neverland to historia oparta na prawdziwych wydarzeniach z życia Jamesa Matthewa Barriego, autora słynnej wśród dzieci i dorosłych powieści Piotruś Pan. Film wyreżyserował Marc Forster, na podstawie scenariusza Davida Magee. Choć można spotkać się z opiniami, że jest to zdecydowanie kiczowata opowieść i najgorszy z powstałych filmów Deppa, osobiście uważam, że osnuta bujną wyobraźnią toczy się w nim dramatyczna historia o potrzebie ciepła i przyjaźni, o poszukiwaniu szczęścia.

 

Po klapie jego ostatniej sztuki, J.M. Barrie usilnie szuka pomysłu na kolejną, która tym razem odniesie sukces przysparzając jemu i właścicielowi teatru zysków i pochlebnych opinii. Inspiracji poszukuje on na spacerach ze swym psem, Portosem, i to dzięki niemu poznaje rodzinę Llewelyn-Davies: młodą wdowę imieniem Sylvia (w tej roli Kate Winslet) oraz jej czterech synów: George, Jacka, Michaela i Petera. To właśnie ich przygody postanawia opisać w swej najnowszej sztuce pan Barrie, zwany przez chłopców wujkiem Jimem. 

James zaprzyjaźnia się z całą rodziną, a cały swój wolny czas poświęca na zabawy z chłopcami. Jego znajomość z chłopcami, a przede wszystkim z ich matką, nie podoba się ani jego żonie, ani matce Sylvii (Julie Christie), ani tym bardziej towarzystwu, z którego oboje się wywodzą. Mimo to, James konsekwentnie kontynuuje przyjaźń, zwłaszcza gdy odkrywa że Sylvia jest ciężko chora. Ponieważ sam nie posiada dzieci, czuje, że ci chłopcy, osieroceni przez ojca i mający wkrótce stracić matkę, będą go potrzebować. Ba, być może to nawet on bardziej potrzebuje ich, niż oni jego. 

Za rolę w Marzycielu Johnny Depp został nominowany do Oscara w 2005 roku, w wyścigu po statuetkę wyprzedził go jednak Jamie Foxx za rolę w filmie Ray. Sam Marzyciel otrzymał aż siedem nominacji, w tym za najlepszy film, statuetkę Akademii otrzymał natomiast Jan A.P. Kaczmarek za najlepszą muzykę oryginalną. 


Depp w tym filmie jest właśnie tym, kim był jego bohater, Piotruś Pan. Jest chłopcem, który nie chciał dorosnąć. Poszukiwania Barriego oraz stworzenie przez niego krainy szczęśliwości, Neverlandu, to doskonały dowód na to, że chciał on pozostać chłopcem i nie myśleć o dorosłości. Być może dlatego, rola J.M. Barriego tak bardzo Johnny'emu odpowiada: czyż nie jest on Piotrusiem Panem? Chłopcem, który nie chce dorosnąć?



P.S. W następnym filmie pozostaniemy w Londynie, zmienimy tylko klimat na bardziej demoniczny: Sweeney Todd - demoniczny golibroda z Fleet Street ;-)

środa, 30 stycznia 2013

Z piekła rodem

Kiedy w 1888 roku w londyńskiej dzielnicy Whitechapel zaczął grasować seryjny morderca posiadający znakomitą wiedzę z zakresu anatomii i medycyny, na mieszkańców dzielnicy i całego Londynu padł blady strach, na policję zaś poczucie bezsilności i bezradności. Szybko jednak natrafiono na klucz, zgodnie z którym morderca, podpisujący się pseudonimem Jack The Ripper, wybierał swoje ofiary. Od tej pory żadna z prostytutek, czy to pracujących, czy mieszkających w Whitechapel, nie mogła czuć się bezpiecznie. Tak jak niespodziewanie zabójca rozpoczął swą działalność, tak samo nagle ją zakończył, pozostawiając sprawę swej tożsamości wciąż otwartą. W 1999 roku Alan Moore wydał komiks oparty na historii Kuby Rozpruwacza, do rozwiązania zagadki zaś wybrał jedną z istniejących i najpopularniejszych hipotez. Dwa lata później bracia Hughes wyreżyserowali film Z piekła rodem, którego fabuła opierała się o stworzony na podstawie komiksu scenariusz Rafaela Yglesiasa i Terry'ego Hayesa.


Z piekła rodem to historia opowiedziana z perspektywy młodego, londyńskiego inspektora Fredericka Abberline'a (Johnny Depp), który wraz ze swym partnerem, sierżantem Peterem Godleyem (Robbie Coltrane) próbuje rozwiązać zagadkę psychopaty, który nocami wędruje po Whitechapel i nie dość, że zabija prostytutki, to jeszcze bestialsko okalecza je pozbawiając narządów. Inspektor Abberline niewątpliwie ma problem z opium i absyntem, oba narkotyki używane są przez niego nadmiernie, pozwalają mu one jednak doświadczyć niezwykłych wizji, w trakcie których widzi on mające nastąpić morderstwa. W przeżywanych obrazach Abberline nie jest jednak w stanie dojrzeć twarzy mordercy, przez co za wszelką cenę chce on rozwikłać zagadkę korzystając ze swej intuicji i inteligencji.

Prowadzone dochodzenie zetknie go w końcu z prostytutkami, przyjaciółkami, które najprawdopodobniej stały się świadkami czegoś, czego widzieć i o czym wiedzieć nie powinny, a co w efekcie sprawiło, że ich życie znalazło się w niebezpieczeństwie. Zwłaszcza jedna z nich, Mary Kelly (w tej roli zjawiskowa rudowłosa Heather Graham) darzy inspektora sympatią, która nie jest podszyta zwyczajową dla jej koleżanek niechęcią do stróżów prawa. Sympatia zdaje się być przez Abberline'a odwzajemniona, przez co zwiększa on starania o odnalezienie Kuby Rozpruwacza, wie bowiem, że Mary może być następną ofiarą szaleńca. Do pewnego momentu inspektor nie ma pojęcia, że swoimi działaniami zwraca na siebie uwagę masonów oraz oddziału specjalnego zajmującego się sprawami rodziny królewskiej. Sprawa wikła się wraz z odkryciem tożsamości kochanka jednej z zabitych prostytutek, a tymczasem tajemnica Kuby Rozpruwacza wciąż pozostaje zakryta.

Abberline zbliżony jest trochę do konstabla Ichabode'a Crane'a z Jeźdźca bez głowy, bo i epoka podobna, i historia równie nieprawdopodobna. Obaj panowie stoją na straży prawa i porządku, korzystają jednak z zupełnie innych metod. O ile Crane starał się wyjaśnić wszystko w sposób racjonalny i za pomocą naukowych metod, o tyle Abberline nie waha się sięgać po środki niekonwencjonalne, a do takich bez wątpienia należy sesja w wannie po spożyciu opium z absyntem. Efekty są jednak podobne, można więc przymknąć oko na nienaukowość metody. Ale takiego Deppa to ja wyjątkowo lubię. Surdut, lekki wąs, półdługie włosy i to czujne - mimo opium - spojrzenie. 





P.S. Kolejną podróż odbędziemy w kierunku Nibylandii razem z ... Marzycielem ;-)

Dziennik zakrapiany rumem

Puerto Rico Welcome... głosi napis, który główny bohater widzi tuż po przebudzeniu na gigantycznym kacu i rozsunięciu zasłon w pokoju hotelowym. Jego oczy napotykają jaskrawe słońce, nienaturalną wręcz - dla mieszczucha - błękitną barwę nieba i oceanu, a zaraz potem spróbuje przestawić swój wciąż jeszcze upojony organizm na tryb normalnego funkcjonowania.


Dziennik rumowy Hunter Thompson napisał już w 1960 roku, zanim jednak został wydan musiało minąć trzydzieści osiem lat, a kiedy zostały utrwalone w postaci kinowego obrazu, był już rok 2011, sam zaś autor powieści nie żył od lat sześciu. Reżyser Bruce Robinson zaadaptował powieść Thompsona i dał światu do zobaczenia w postaci filmu pod tytułem Dziennik zakrapiany rumem. Pamiętny Raoul Duke powraca jako Paul Kemp, dziennikarz z Nowego Jorku szukający szczęścia (i pracy) w karaibskim raju. Na pięknej wyspie Puerto Rico trafia do podrzędnej gazety, w której może i nie spełni marzeń o karierze dziennikarskiej i pisarskiej, ale na pewno pisząc horoskopy i relacje z konkursów kręglarskich, będzie miał czas, by oddawać się swej ulubionej rozrywce, czyli piciu alkoholu.

- Rzucił Pan picie?
- Ograniczyłem.
- Oh. Chyba rozmiar butelek. Kiedy udało się Panu wypić 161 butelek rumu? Wychodzi po 93 tygodniowo. Jak często uzupełniają barek?
- Nie są wliczone?
- Nie, panie Kemp.

Jak jednak przystało na Amerykanina na obcej, choć należącej do Stanów, wyspie, Paul Kemp w krótkim czasie wplątuje się zarówno w konflikt z prawem, jak i machlojki tamtejszych biznesmenów marzących o stworzeniu na rajskiej wyspie równie rajskiego kurortu kosztem tubylców. Sytuację skomplikuje pojawienie się pięknej kobiety imieniem Chenault (w tej roli Amber Heard), której tak łatwo nie odda Kempowi jej narzeczony, grany przez Aarona Eckharta, Hal Sanderson. Żeby pośrodku raju nie było zbyt groźnie, przyjaciele Paula z redakcji pomogą mu wyjść z niektórych problemów - lub wpakować się w gorsze. Na uwagę wśród nich zasługuje Moburg, alkoholik i narkoman, czule wspominający Hitlera i chętnie słuchający dawnych przemówień fuhrera (w tej roli Giovanni Ribisi, znany z takich filmów jak Avatar, Wrogowie publiczni, czy 60 sekund) oraz rozmiłowany w walkach kogutów fotograf, Bob Sala (Michael Rispoli).

Oglądanie Deppa pośród takiej bajecznej scenerii, pamiętając wciąż o jego pirackim pobycie na Karaibach, ma przede wszystkim posmak słodko-gorzki. Nie jest to ani jego najgorsza kreacja, ani najlepsza, natomiast zdecydowanie Dziennik zakrapiany rumem jest filmem ważnym w jego karierze. Mając na względzie przyjaźń, jaka łączyła Deppa z Thompsonem od czasów Las Vegas Parano - a wcześniej fascynację Deppa Thompsonem jako autorem uwielbianych przez niego książek - należy przyznać, że Dziennik... powstał przede wszystkim z chęci oddania należnego szacunku jego autorowi. Sympatia Deppa do granej przez siebie postaci jest prawdziwa, sam zaś aktor bardzo przekonywujący w oddawaniu emocji oraz stanów upojenia. Podobnie jak w przypadku Las Vegas Parano, nie mogłam opędzić się od myśli, czy w czasie kręcenia filmu Johnny Depp upił się choć raz, by na prawdziwym kacu wypaść bardziej wiarygodnie.


P.S. Z rajskiej wyspy przeniesiemy się do mrocznego Londynu w podróż ... Z piekła rodem ;-)

Las Vegas Parano

Hunter Stockton Thompson miał niewątpliwie duży wpływ na rozwój kariery aktorskiej Johnny'ego Deppa. Ten amerykański pisarz i dziennikarz, utrzymujący swą twórczość w tzw. stylu gonzo, czyli relacji bardzo subiektywnych, pomieszanych jednocześnie z fikcją i autentycznymi wydarzeniami i odczuciami autora, napisał powieść Lęk i odraza w Las Vegas, na podstawie której reżyser Terry Gilliam nakręcił film Las Vegas Parano z Johnnym Deppem i Benicio del Toro w rolach głównych. Początkowo reżyserem miał być Alex Cox, zrezygnował jednak z posady w wyniku konfliktu z samym Thompsonem, dziś nazwalibyśmy to niezgodnością charakterów. Ostatecznie za kamerą stanął Gilliam, a efekt jego pracy można było w 1998 roku oglądać na ekranach kin.

Fabuła opierająca się o wspomnianą już książkę Thompsona dotyczy jego podróży z zaprzyjaźnionym rzecznikiem praw obywatelskich, Oscarem Zetą Acostą, do Las Vegas, podróży do serca 'amerykańskiego snu', na wyścig motocyklowy Mint 400. Obaj panowie zarówno w książce, jak i w filmie występują pod pseudonimami. I tak dziennikarz stał się Raoul Dukem (Depp), a rzecznik - drem Gonzo (del Toro). Obaj są też zaprzysięgłymi zwolennikami, fanami i, rzecz jasna, użytkownikami narkotyków wszelkiego rodzaju: od eteru począwszy poprzez kokainę, amfetaminę, heroinę, LSD, na ludzkiej krwi skończywszy.

Cały film utrzymany jest więc w stylu narkotycznego snu, wypełnionego majakami, halucynacjami i przerażającymi snami. Po piętnastu minutach seansu, przestał dziwić umieszczony w rogu ekranie znaczek informujący, że jest to film tylko i wyłącznie dla dorosłych. Z zaznaczeniem, że dla dorosłych o mocnych żołądkach, ponieważ częstą reakcją ponarkotykową są wymioty, których i w książce, i w filmie nie brakuje. Trudno orzec, co - oprócz przedstawienia sposobu życia i spędzania czasu przez dziennikarzy pewnego okresu historii w USA - chciał pokazać widzom Gilliam. Nie sposób zgodzić się ze stwierdzeniami biografa Deppa, Denisa Meikle, że gdyby Gilliam zrobił ten film dwadzieścia lat wcześniej, w czasach hippisów i dzieci-kwiatów, okrzyknięty zostałby guru tamtejszej kultury, sami zaś aktorzy zyskaliby poczesne miejsce nie tylko w historii kinematografii.

Depp gra tu ciekawie, choć nie w pełni swoich aktorskich możliwości. Cały film zastanawiałam się, czy łysina na czubku głowy była prawdziwa i czy choć przez jeden moment kręcenia Las Vegas Parano był pod wpływem narkotyków. Wyraziste oczy skryte za kolorowymi okularami i zasłonięte kapeluszami zastąpione zostały ekspresją sylwetki i sposobu poruszania się. A mimo to, jego gra rozmywa się wśród kolorowych, narkotycznych obrazów oraz pustynnych piasków stanu Nevada. Benicio del Toro już zawsze kojarzyć się będzie z okrutnym, bo naćpanym grubasem wyżywającym się bez powodu na pokojówce czy kelnerce w barze. Do panów w połowie filmu dołącza Christina Ricci, ale jej rola jest tak marginalna, że jedyne co można zapamiętać, to sposób, w jaki została przez obu bohaterów potraktowana. 

Po latach obcowania z ćpunami człowiek uczy się jednego: możesz stanąć plecami do faceta, ale nigdy do przyćpanego. Szczególnie, gdy macha ci przed oczami myśliwskim nożem.
Raoul Duke, Las Vegas Parano.

 
P.S. Pozostając w towarzystwie Huntera Thompsona, następnym filmem będzie ... Dziennik zakrapiany rumem ;-)