sobota, 30 listopada 2013

Wielki Gatsby

Na ten film czekaliśmy wszyscy. My, fani Leonardo DiCaprio, zaraz po tym, jak wyszliśmy z kina po kapitalnym filmie Quentina Tarrantino pt. Django, gdzie DiCaprio wcielił się w rolę właściciela posiadłości ziemskiej, lubującego się w mało humanitarnych zachowaniach wobec pracujących na plantacji niewolników. Imię bohatera, Candy, słodkie jak cukierek było dokładnym przeciwieństwem jego charakteru, prawdziwego charakteru, choć na pewno doskonale pasowało do przystojnego wyglądu.


Jay Gatsby (Leonardo DiCaprio) jest, wydaje się, człowiekiem znikąd. Mało kto wie o nim coś pewnego, choć tak na dobrą sprawę, śmietance towarzyskiej w zupełności to nie przeszkadza, dopóki Gatsby płaci za jedzenie, alkohol i inne przyjemności, których dostarczają przyjęcia w jego domu. Jego nowy znajomy, Nick (Tobey Maguire) poznaje go z małżeństwem Buchananów, Daisy (Carey Mulligan) i Tomem (Joel Edgerton). Nie wie jednak, że Jay i Daisy już się znają, kiedyś, w dawnych czasach, darzyli się głębokim uczuciem i nawet planowali wspólną przyszłość. Z planów nic nie wyszło, różnice klasowe i majątkowe między parą skutecznie udaremniły rozwój uczucia. Teraz Jay jest bardzo bogaty, Daisy zaś jest żoną innego. Uczucie, jakim Jay kiedyś ją darzył, pozostało niezmienne. Czy ukochana kobieta wciąż czuje do niego to samo? I czy w latach dwudziestych XX wieku można było uciec konwenansom i być szczęśliwym mimo to?


Ekranizacja powieści Fitzgeralda, wyreżyserowana przez Baza Luhrmanna, zrobiona została z niesamowitym rozmachem. Te kolory, te światła, te stroje. I ci aktorzy. DiCaprio jak zawsze świetny. Nie mam pojęcia, jak on to robi, że wychodząc z kina po jednym filmie, człowiek już ma wielką ochotę na następny nowy film z nim w roli głównej. Pewne ruchy i mimikę ma opanowane do takiej perfekcji, że można by to już nazwać manierą, ale czy i Depp nie ma podobnej maniery? Przyjrzyjcie mu się dobrze i zobaczcie sami, czy w późniejszych filmach nie widzicie tego tiku kapitana Sparrowa? To znak rozpoznawczy świetnych aktorów, choć niektórzy mogliby ich za to krytykować. Dla mnie to jest jak podpis autora na dziele. Carey Mulligan doskonale wpasowała się w rolę eterycznej blondynki z początków XX wieku, podobnie jak kiedyś udało się to Emmie Stone w Gangster Squad. Z przyjemnością ogląda się tę parę na ekranie, a to, że widzowi wydaje się, że widzi iskry tylko po jednej stronie, jest właśnie ich zasługą. 


Aviator

W Całkowitym zaćmieniu Leo po raz pierwszy zagrał postać historyczną. I na tym nie poprzestał.


Aviator to opowieść o życiu Howarda Hughesa. Miliardera. Playboya. Reżysera. Wynalazcy. Pilota. Konstruktora. Słowem geniusza. Ale nie jest to opowieść usłana jedynie różami. Bowiem życie Hughesa wcale takie nie było. W wieku dziewiętnastu lat odziedziczył rodzinną fortunę, którą zarządzał z mniejszymi i większymi sukcesami przez następnych kilkadziesiąt lat. Niejednokrotnie prawie dotykał dna, ale zawsze udawało mu się od niego odbić, czego efektem było niewiarygodne pomnożenie fortuny. Będąc na szczycie władzy, bogactwa, popularności, bywał kojarzony z pięknościami Hollywoodu tamtych czasów, jak na przykład Ava Gardner (Kate Beckinsale), Jean Harlow (Gwen Stefani), czy Katherine Hepburn (Cate Blanchett). Mało kto jednak wiedział, że za ekscentrycznymi zachowaniami miliardera kryła się paranoja i zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. I choć starał się ze wszystkich sił pokonać swe słabości, ostatecznie jednak stał się ich ofiarą. To one bowiem skłoniły go do wycofania się z życia publicznego na dwadzieścia lat. Nigdy już do niego nie powrócił. Domysły na temat jego skrytego życia ucichły w dniu, w którym ogłoszono wieść o jego śmierci.


Przed Aviatorem Martin Scorsese i Leonardo DiCaprio spotkali się zaledwie raz, na planie filmu Gangi Nowego Jorku. Po nim zaś zaczęli dość regularnie spotykać się na planie filmowym, z dwóch stron kamery. Scorsese pokazał tu po raz kolejny, że lubi kino biograficzne. W dodatku bardzo mu ono wychodzi. Z kolei DiCaprio, cóż, DiCaprio pokazał to, co i tak wszyscy ci wierzący jego zdolnościom wiedzieli: potrafi grać ludzi o złożonych osobowościach, w dodatku borykających się z psychicznymi problemami. Partnerujące mu Kate Beckinsale (w roli Avy Gardner) i Cate Blanchett (w roli Katherine Hepburn) dopełniły swym talentem świetny obraz, który otrzymał aż pięć Oscarów (w tym jeden dla Cate Blanchett) i trzy Złote Globy (m.in. dla Leonardo DiCaprio). Oprócz tej trójki możecie na ekranie zobaczyć całą plejadę znanych, lubianych, a przede wszystkim zdolnych aktorów, m.in. Aleca Baldwina, Jude'a Law, czy Alana Aldę. Jedynym elementem zniechęcającym do jednorazowego seansu jest długość filmu: dwie godziny i pięćdziesiąt minut. Da się wytrzymać, wierzcie mi na słowo.


Droga do szczęścia

Spotkania po latach mają to do siebie, że ukazują nam, jak bardzo zmieniliśmy się my i nasi starzy znajomi. W przypadku tego spotkania to my możemy obserwować, jak wielkie i korzystne zmiany zaszły w naszych starych znajomych.


A miało być tak pięknie. Frank (Leonardo DiCaprio) poznał April (Kate Winslet) i uznał, że to ta jedyna. Może okoliczności trochę mu pomogły w podjęciu decyzji. April zachodzi w ciążę, para bierze ślub, potem na świat przychodzi drugie dziecko, kupują dom na przedmieściach, przy ulicy o wdzięcznej nazwie Revolutionary Road, gdzie oprócz spokojnej okolicy i pięknych widoków, mają też wścibskich sąsiadów. Ale mimo to, jest pięknie. Do czasu. 


Do czasu, gdy w April budzą się uśpione niegdyś ambicje bycia aktorką i frustracje spowodowane ciągłym siedzeniem w domu, w ramach roli życia: gospodyni domowej. Do czasu, gdy Frank odkrywa, jak bardzo nudzi go praca biurowa, którą wykonuje i codzienne dojazdy do niej. Wobec narastający napięć i dramatycznych kłótni, małżonkowie decydują się wyjechać do Paryża, tak jak zawsze chcieli, by tam odnaleźć swoje zakopane marzenia, a przede wszystkim, by obudzić tlącą się niegdyś w nich miłość i namiętność. Od tej pory, wszystkie swoje działania podporządkowują temu celowi. I nawet niechęć sąsiadów, czy sceptycyzm ich nowego przyjaciela, Johna (Michael Shannon). Codzienność życia w latach 50-tych XX wieku wciąga ich jednak bezlitośnie, perspektywa wyjazdu zdaje się oddalać, zwłaszcza, gdy April przekażę Frankowi najnowszą wiadomość.


To musiało się wydarzyć. Po jedenastu latach od Titanica, starzy znajomi, Leo i Kate, ponownie stanęli obok siebie w najnowszym filmie Sama Mendesa. Głównie chyba po to, by całkowicie rozwiać dym z wraku Titanica, który do tej pory unosił się nad ich aktorskimi karierami. Bez względu na to, w jakich filmach w międzyczasie się pojawili, byli skazani na niekoniecznie pozytywną łatkę 'gwiazda filmu Titanic'. Ich drugie spotkanie wyszło im na dobre, i to bardzo. Łatka się odkleiła. Teraz Winslet kojarzona jest raczej z filmem Lektor, za który dostała Oscara, a DiCaprio - z Incepcją, J.Edgar, czy Django. W Drodze do szczęścia zagrali fenomenalnie, głównie dlatego, że film ten w głównej mierze bazuje na dramacie i uczuciach. To uczucia głównych bohaterów grają tu rolę, ich myśli, ich zachowania, ich gesty, to, co mówią, a przede wszystkim to, czego nie mówią, zwłaszcza współmałżonkowi. To film z cyklu tych, które, gdy nas 'złapią', puszczają dopiero wtedy, gdy pojawiają się napisy końcowe. I to nie dlatego, że akcja jest w nich tak szybka i gwałtowna. Przeciwnie. To nie akcja, to bohaterowie są tu tak gwałtowni, a jednocześnie flegmatyczni, że musimy się maksymalnie skupić, by za nimi nadążyć.


środa, 27 listopada 2013

Całkowite zaćmienie

To drugi, po Co gryzie Gilberta Grape'a, film, który sprawił, że totalnie zmieniłam zdanie na temat Leo. Potem było już tylko lepiej. Z małymi zgrzytami, ale nie psuły one obrazu całości, raczej wpływały na jej lepszy odbiór.


Paul Verlaine (David Thewlis) to uznany poeta, z którym swymi wierszami dzieli się Arthur Rimbaud (Leonardo DiCaprio). Verlaine zaprasza szesnastolatka do Paryża i ugaszcza w swoim domu. Jego wierszami był zachwycony, teraz samym Arthurem jest po prostu oczarowany. Bo Rimbaud ma w sobie idealizm i radykalizm, a także wiele idei, które na chwilę obecną przyzwyczajeni do tradycji poeci nie są w stanie zrozumieć. Tak jak on nie rozumie ich poezji. Znajomość Paula z Arthurem nie cieszy jego młodziutkiej żony, Mathilde (Romane Bohringer). Dziewczyna ma dobrą intuicję, po kawałku traci swego męża na rzecz czarującego i podniecającego młodzieńca. Obu panów połączy gorące, tragiczne, ale i destrukcyjne uczucie. Kogo zniszczy bardziej? Ich podróż przez Europę, okraszona próbą odzyskania męża przez Mathilde, czy wizytami Arthura w domu, zawiedzie ich obu na kraniec wytrzymałości. W końcu i tę granicę będzie trzeba przekroczyć.


Lubię ten film, choć rzeczywiście, jak mówią krytycy, jest przyciężkawy. Faktem jest, że dwaj spośród najbardziej znanych poetów francuskich porozumiewa się w języku angielskim, co bardziej radykalnych fanów może oburzać. Taka jednak jest tendencja: angielski jest, był i będzie językiem międzynarodowym i uniwersalnym - nawet jeśli w XIX-wiecznej Francji mogli o tym nie wiedzieć. Piękna muzyka autorstwa Jana A.P. Kaczmarka dopełnia obrazu, który w swojej głowie wymyśliła pani reżyser Agnieszka Holland, na podstawie pisemnej wersji scenarzysty Christophera Hamptona. Para Thewlis - DiCaprio momentami była irytująca, może nawet Thewlis bardziej, za to sam DiCaprio... Pasuje do swej roli bardzo dobrze. Po raz kolejny gra dużo młodszego od siebie. Po raz kolejny robi to w sposób niesamowity. Kapryśny, marudny, złote dziecko francuskiej poezji, przekonany, że cały świat powinien padać mu do stóp. Cały Rimbaud. W młodym wieku potwierdzono jego geniusz i to go zniszczyło. Poezja, która ciągle się w nim gromadziła, nie mogła znaleźć ujścia. Ten świat to było dla niego za mało.


niedziela, 24 listopada 2013

Niebiańska plaża

Napatoczyłam się na ten film, będąc jeszcze na fali entuzjazmu po Co gryzie Gilberta Grape'a i Całkowitym zaćmieniu (o tym filmie innym razem). I gdy skończyłam oglądać, mogłam jedynie kręcić przecząco głową z prędkością karabinu maszynowego.


Richard (Leonardo DiCaprio) to młody Amerykanin, który ruszył na wakacje, by przeżyć przygodę. Wylądował w Bangkoku, a pragnienie przygody podpowiada mu wciąż nowe wyzwania. Richard uczy się więc iść na żywioł, nie odmawiać na wszystkie najdziwniejsze propozycje tubylców i wszystko, co tylko mu przyjdzie do głowy. Cywilizacja zostaje z tyłu. Richard staje się gotowy na wszystko, na każde ryzyko. Aż pewnego dnia Richard usłyszy o plaży położonej na wyspie, która jest prawdziwym rajem. Tragicznym zrządzeniem losu w jego ręce trafia mapa tego zakątka, a jego towarzyszami zostają Etienne (Guillaume Canet) i Francoise (Virginie Ledoyen). Ostatni etap podróży przebywszy wpław docierają na rajską wyspę, a tam... Cytując Etienne: prawdziwe morze trawy. Połowa wyspy to jedno wielkie pole marihuany. Wyspiarski skarb zazdrośnie strzeżony, za który niejeden by zabił. Richard i jego towarzysze trafiają do osady, którą założyli inni wędrowcy. Raczej nie są tu mile widziani, jednak pełniąca funkcję przywódcy Sal (Tilda Swinton) pozwala im zostać. Cała trójka wtapia się w życie osady. Jednak nawet na niebiańskiej plaży w środku rajskiej wyspy sielanka nie może trwać wiecznie. Zwłaszcza, że nie zawsze jest gdzie uciec przed współmieszkańcami. A wyprawa do miasta z Sal tylko pogarsza rosnące napięcie. W dodatku osadzie zagrażają kłusownicy, czy jak ich tam nazwać, pilnujący upraw marihuany z drugiego końca rajskiego zakątka.


Nie, nie i jeszcze raz nie. To zdecydowanie nie jest film, dzięki któremu można by zapałać sympatią do Leo. Mam wrażenie, że on po prostu do tego filmu, do tej roli, nie pasuje. Nie wiem, dlaczego. Jest za młody. Ma zbyt niewinną urodę. Ten film jest momentami zbyt luzacki. A przecież Leo nigdy w klasycznej komedii nie występował. I choć Niebiańska plaża również komedią nie jest, to jednak jej fabuła odstaje w jakiś sposób od typowych dla DiCaprio filmów. Dlatego mówię 'nie' temu obrazowi. Rozumiem jednak, że po kilku świetnych kreacjach, także takiemu aktorowi jak on musiał się przydarzyć film o niższych lotach. I notach. Nikt nie jest idealny. Może poza plażą w raju.


Przetrwać w Nowym Jorku

Po tygodniowej przerwie przeznaczonej na intensywne podróżowanie i zacieśnianie więzi międzyludzkich wracam i oczywiście, nie z pustymi rękami ;)


Było ich czterech. Chłopcy z ulic Manhattanu. Jim Carroll (Leonardo DiCaprio), Mickey (Mark Wahlberg), Swifty (Bruno Kirby) i Neutron (Patrick McGaw). Uczniowie katolickiej szkoły dla chłopców. Rozrabiaki z dzielnicy. Gracze drużyny koszykarskiej. Przyjaciele. Chodzili do szkoły, gdzie swym nauczycielom załazili za skórę, grali kapitalne mecze ku radości niekoniecznie uczciwego i moralnego trenera, wałęsali się po ulicach, tu i ówdzie łamiąc prawo. Zawsze tylko dla zabawy. Główny bohater, Jim, jest z nich wszystkich najwrażliwszy. Jest oddanym przyjacielem, odwiedzającym w szpitalu kumpla umierającego na białaczkę, o którym reszta najwidoczniej już zapomniała. W wolnych chwilach pisze wiersze, których pilnie strzeże przed oczami obcych ludzi. Mieszka z matką (Lorraine Bracco), z którą nawet dobrze się rozumie. Do czasu. Gdy umrze jego przyjaciel, w życiu Jima i jego kolegów pojawi się królowa narkotyków, heroina. Najpierw w małych ilościach, później w coraz większych. Aż wreszcie matka nie wytrzyma i wyrzuci chłopca z domu. Ten zaś pójdzie na ulicę, kraść i rabować, byle tylko zdobyć pieniądze na działkę. Podobnie koledzy. Oprócz Neutrona. Ale cele, jakie wyznaczył sobie Neutron, kiedyś tak bliskie Jimowi, teraz nic nie znaczą. Działka jest ważniejsza. I co z tego, że kumple przez swój pęd do hery po kolei wpadają w tarapaty i konflikt z prawem. Jim jest głuchy na wszelki głos rozsądku, a ręce, które wyciągają się ku niemu z pomocą, traktuje jedynie jako możliwość zdobycia pieniędzy na kolejną działkę.


Przetrwać w Nowym Jorku to film oparty na dzienniku Jima Carrolla, który napisał go i wydał w wieku siedemnastu lat. To naprawdę trudna historia, jak łatwo dzieciaki wpadają w szpony nałogu i jak trudno je później stamtąd wydobyć. I że czasem potrzeba przysłowiowego wiadra wody czy obucha w twarz, by coś zrozumieć. Po raz kolejny genialny DiCaprio pokazuje, jak pierwszorzędnym jest aktorem. I jak doskonale sprawdza się w skomplikowanych postaciach. Przywołuje na myśl jednocześnie Chłopięcy świat i Co gryzie Gilberta Grape'a. Zwłaszcza sceny, w których Jim odbywa domowy odwyk, są bardzo realistyczne i autentyczne w wykonaniu tego młodego przecież aktora. DiCaprio zapewne sporo napracował się, by wypaść naturalnie, a także by zrozumieć, co wówczas targa psychicznie i fizycznie ludźmi, z którymi próbuje walczyć własny organizm. Zdecydowanie zatem dziwi brak nagród dla tego filmu. W Polsce nie doczekał się kinowej premiery, przeszedł bez echa, trochę podobnie do ludzi, którzy znikają w czeluściach narkotykowego nałogu.


niedziela, 17 listopada 2013

Szybcy i martwi

Westerny to nie są filmy dla mnie. Mogę je oglądać, ale nie ma raczej możliwości, żeby mnie zachwyciły do tego stopnia, że uznam, iż tydzień bez westernu jest tygodniem straconym. Wiem, że swoje lata świetności ten gatunek filmu ma już za sobą, a co gorsze, te lata już nie wrócą, a próby ich reaktywacji wypadają gorzej niż marnie. Wyjątkiem według mnie mogłoby być Prawdziwe męstwo, remake filmu pod tym samym tytułem, w którym w nowszej wersji wystąpił m.in. Matt Damon. Ale nie o tym filmie miała być dziś mowa.


Do miasteczka o jakże wymownej nazwie Redemption (z ang. odkupienie) przybywa młoda kobieta. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przybyła tu na turniej rewolwerowców, w którym jak do tej pory nigdy żadna kobieta udziału nie brała. Ellen (Sharon Stone), bo tak ma na imię, nie ma zamiaru utrzymywać kontaktów z mieszkańcami, którzy są najzwyczajniej w świecie ciekawi jej osoby. Nie przywykli bowiem, by kobieta stawała w szranki z najgorszymi szumowinami, które ściągnęły do Redemption w celu zgarnięcia głównej nagrody: stu dwudziestu tysięcy dolarów. Ellen ma jednak ważniejszy cel: chce zabić Heroda (Gene Hackman), który żelazną ręką sprawuje władzę w miasteczku i to on jest głównym organizatorem turnieju. Herod nie wie, że Ellen ma z nim do wyrównania rachunki sprzed lat, gdy na jej oczach on i jego banda zabili jej ojca, miejscowego szeryfa (Gary Sinise). Jednym z uczestników turnieju jest młody Kid (Leonardo DiCaprio), rzekomy syn Heroda, któremu Ellen wyraźnie wpadła w oko. Ten młodziak jest bardzo dumny ze swych umiejętności strzeleckich i zrobi wszystko, by przekonać ojca, że zasługuje na jego miłość i szacunek. Jako ostatni do turnieju zgłasza się, a właściwie zostaje zgłoszony przez Heroda, Cort (Russell Crowe). Cort był kiedyś kompanem Heroda, jednak bezsensowne mordowanie zmusiło go do zmiany myślenia i przewartościowania całego życia. Cort nie chce już zabijać, nie ma jednak wyjścia, jeśli sam chce żyć. Razem z Ellen będą musieli sprzymierzyć siły, by do miasteczka wróciło prawo.


Sam film ma proste przesłanie: zło musi zostać ukarane, a dobro musi zatriumfować. Nie ma tu miejsca na szarości. Człowiek, który wie, że popełniał błędy, zasługuje na drugą szansę, by spłacić swe winy, a mściciel ostatecznie odjeżdża w siną dal. Tak właśnie wygląda ten film. Sharon Stone wygląda tu zupełnie inaczej niż w swym najsłynniejszym filmie pt. Nagi instynkt, w niczym jednak nie traci swej fascynującej kobiecości. Dzięki niej wiadomo już, że kobieta na Dzikim Zachodzie nie musiała być panią nie ciężkich obyczajów, żeby być piękną i seksowną. Mogła też nosić spodnie i rewolwer przy pasie, a panowie nadal tracili dla niej głowę. Bez względu na to, kim byli. 


Świetnie spisał się Gene Hackman. Z całym szacunkiem dla tego aktora, ale ma tak nieprzyjemną twarz, że doskonale pasuje do ról czarnych charakterów (bądź charakterów, co do których mam mieszane uczucia), w których jest obsadzany (Karmazynowy przypływ, Firma, Podejrzany). DiCaprio, tu wciąż młodziutki, mówiąc kolokwialnie, dał radę. Serio. Choć jego rola była mocno okrojona, to jednak trzeba mu przyznać, że spróbował wejść głębiej w Kida i wydobyć to, co działo się w głowie chłopaka walczącego o akceptację ojca. I Russell Crowe... Lepsze czasy kariery dla Australijczyka miały dopiero nadejść, ale nie można powiedzieć, że w tym filmie nie widać już potencjału, który miał się rozwinąć i przynieść mu Oscara. Wystarczyło poczekać.