czwartek, 31 października 2013

Wywiad z wampirem

Klasyka wampirzego gatunku, zaraz po nieśmiertelnym przecież Draculi z 1992 roku z Garym Oldmanem i Winoną Ryder. Powieść Anne Rice pod tym samym tytułem trafiła na ekrany kin w 1994 roku, a samo powstanie ekranizacji poprzedzone było różnymi problemami związanymi przede wszystkim z obsadą. To, co fanom najmocniej się kojarzy z tym filmem, to fakt, że dziennikarza Daniela Malloya w pierwszych dniach kręcenia zdjęć grał River Phoenix, tragicznie zmarły brat Joaquina Phoenixa. Jego śmierć zmusiła twórców do poszukiwania nowego odtwórcy roli, a ich wybór padł ostatecznie na Christiana Slatera.


Louis de Pointe du Lac (Brad Pitt) miał wszystko. Piękną żoną, dziecko w drodze, wspaniały dom. W jednej chwili stracił to, co najważniejsze: rodzinę. Jako wdowiec popadł w depresję, z której wyciągać zaczął go dopiero Lestat de Lioncourt (Tom Cruise), wampir. Przemieniwszy Louisa w wampira, Lestat zabiera go w podróż, w czasie której Louis będzie świadkiem niesamowitych rzeczy, także brutalnych morderstw dokonywanych rękami, czy też raczej zębami Lestata. Kiedy w ich życie wkracza Claudia (Kirsten Dunst), osobliwy wampirzy żywot Louisa nabiera nowych barw. Coś jednak się psuje. Teraz Louis opowiada swą historię, historię, której nikt nigdy zapewne nie miał usłyszeć, Danielowi (Christian Slater), chcąc przynajmniej przez chwilę dzielić z kimś najważniejsze wydarzenia ze swego życia. Zaciekawiony dziennikarz coraz bardziej zagłębia się w życie Louisa. Być może ta ciekawość stanie się przyczyną dołączenia do dzieci nocy?


Ten film jest niezwykły. Zwłaszcza jeśli ogląda się go po obejrzeniu wielu innych, nawet nowszych produkcji z udziałem Pitta, czy Cruisa. Brad Pitt zupełnie inny niż zwykle. Tom Cruise zupełnie inny niż zwykle (bo bez munduru lotnika, może to dlatego). I bardzo młoda Kirsten Dunst, która partneruje obu aktorom, jakby grała z nimi od zawsze. Atutem tego filmu jest świetnie budowana atmosfera mroku, również w tych scenach gdzie Louis po prostu rozmawia z Danielem. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ów dziennikarz zdecydowanie nie jest bezpieczny z tym właśnie wampirem. Skoro więc film się podobał, aktorzy również się podobali, to skąd te Złote Maliny, co?
Edit: Książka, na podstawie której film powstał, mnie po prostu urzekła, natomiast mankamentem obrazu jest przede wszystkim jego długość. Jakoś tak wypadło (albo nieświadomie tak wybrałam), że w filmografii Pitta pojawiły się filmy trwające dłużej niż sto dwadzieścia minut, a Wywiad z wampirem ma tych minut aż sto osiemdziesiąt, co dla wymagającego konkretów widza może być wyzwaniem nie do przejścia. Bo choć cała historia jest ciekawa, dylematy Louisa intrygujące, to jednak po trzech godzinach oglądania miałam chwilowe przebłyski poczucia, że z chęcią pozbawiłabym głównych bohaterów nieśmiertelnego żywota, byle tylko ukrócić nasze wspólne trwanie ;-)


środa, 30 października 2013

Mr. & Mrs. Smith

Mówią, że ten film powstał jedynie po to, by móc pokazać zdjęcia, efekty specjalne i gwiazdorską obsadę. I trudno się z tymi opiniami nie zgodzić, bo poza dobrą zabawą niczego więcej z tego seansu nie wyniesiemy. Brad Pitt zyskał jeszcze partnerkę na resztę życia, z którą dziś ma już - w sumie - szóstkę dzieci.


John Smith (Brad Pitt) i jego małżonka Jane (Angelina Jolie) prowadzą całkiem spokojne życie w domu na przedmieściach. Każdego dnia wychodzą do pracy, wracają wieczorami, spędzają miło czas przy kolacje, i tyle. Ich życie małżeńskie staje się coraz nudniejsze. Przydałaby się terapia. Problem w tym, że John pracuje jako płatny zabójca dla pewnej agencji. A Jane nie ma o tym pojęcia. Może nawet dałoby się ten problem jakoś rozwiązać, gdyby nie fakt, że Jane również jest płatnym zabójcą i  pracuje dla konkurencyjnej agencji. A John nie ma o tym pojęcia. To jednak nie koniec. Jane otrzymuje zlecenie na wyeliminowanie Johna, a John - by wyeliminować Jane. Kiedy małżonkowie odkryją, że agencje postanowiły zrezygnować z ich usług poprzez wyeliminowanie ich, zmuszeni będą połączyć siły, by ocalić życie. I może przy okazji małżeństwo.


Sama nie wiem, co właściwie myśleć o tym filmie. Bo i owszem można go obejrzeć, można dobrze się bawić, ale jak pisałam wcześniej, nic poza tym. To film z serii tych, które nie męczą, ani nie biją po psychice. Zdecydowanie jego wielką zaletą jest dobór obsady: i Pitt, i Jolie wypadają tu znakomicie, swoboda, z jaką się wzajemnie dopełniają jest być może efektem tego, że - jak głoszą plotkarskie media - już w trakcie powstawania filmu kwitł romans między nimi. A może po prostu są dobrymi aktorami. 


Kalifornia

To zdecydowanie nie jest film dla tych, którzy uwielbiają Pitta za jego piękne oczy i niewinną buzię. Brad Pitt, którego tu zobaczycie, może się spodobać, ale raczej nie za wygląd.


Brian (David Duchovny) pasjonuje się historią seryjnych morderców Ameryki. Kiedy otrzymuje propozycję napisania książki, postanawia razem ze swą partnerką Carrie (Michelle Forbes) ruszyć szlakiem słynnych mordów i dotrzeć aż do Kalifornii. Aby obniżyć koszty podróży, postanawiają zabrać współtowarzyszy podróży. Wybór Briana pada na dość ekscentryczną parę, która najszybciej odpowiedziała na ich ogłoszenie. Early (Brad Pitt) i Adele (Juliette Lewis) chcą dostać się do Kalifornii, aby tam rozpocząć nowe życie. Brian i Carrie nie zdają sobie sprawy, że zabierają w podróż wielokrotnego przestępcę przebywającego na zwolnieniu warunkowym i że Early zabił przed wyjazdem właściciela przyczepy, w której mieszkał, gdyż ten domagał się spłaty długu. Podróż tej czwórki od początku obfitować będzie w drobne niesnaski i kłótnie, aż powstałe napięcie znajdzie ujście w eskalacji przemocy, jaką zaprezentuje Early.


Wielką przyjemnością było oglądanie tu Duchovnego, nie jako agenta FBI Muldera, ani nie jako Hanka Mody'ego. Ta rola doskonale do niego pasowała, choć próby nawracania recydywisty wyszły raczej marnie. Za to bohater Pitta, ten niechlujny, brudny, nieogolony, nieokrzesany, a przede wszystkim brutalny i agresywny przestępca przykuwa uwagę, i to bardzo. Ciężko jest się zachwycić, mając w pamięci późniejsze, o wiele lepsze role Pitta, ale trzeba przyznać, że droga jaką przeszedł w swych kreacjach robi wrażenie. Następne dwa lata pokazały, że zagranie brutalnego mordercy jest dla niego taką samą frajdą, jak granie wampira czy policyjnego detektywa.


wtorek, 29 października 2013

Ciemna strona słońca

To pierwszy film Pitta, w którym jego nazwisko nie tylko zostało wymienione w czołówce, ale również pojawiło się jako nazwisko odtwórcy głównej roli. Jest rok 1988 i Brad Pitt wchodzi na dobre do świata filmu.

Rick (Brad Pitt) od dwóch lat mieszka z ojcem i chorą matką w Jugosławii. Ale nie przybył tu na wakacje. Do tego malowniczego kraju jego rodzinę przywiodła choroba młodzieńca i pogłoski o mieszkającym tam uzdrowicielu. Rick bowiem cierpi na nadwrażliwość na światło, do tego stopnia ciężką, że dotychczasowe życie spędzał w ciemnościach panujących w domu, nosząc wciąż czarny, skórzany kombinezon i maskę zasłaniającą całą jego twarz. Ale Rick ma już dość takiego życia, jak tłumaczy ojcu, wcale nie potrzebuje lekarzy i uzdrowicieli, potrzeba mu przyjaciół i kilka dni normalnego życia. Ku rozpaczy ojca, Rick rezygnuje z kombinezonu i maski, wystawiając swoje delikatne ciało na słońce, a młode serce na porywy pierwszej miłości. Rick doskonale zdaje sobie sprawę, że kilka dni normalnego życia będzie jednocześnie jego ostatnimi dniami. Chce jednak wykorzystać je w pełni. Na festynie poznaje Frances (Cheryl Pollak), aktorkę, która przyjechała z objazdowym zespołem. Nawiązuje z nią znajomość jednocześnie jako Rick i jako zamaskowany przyjaciel. Dni mijają nieubłaganie, a Frances zakochuje się w jednym i zaprzyjaźnia z drugim. Czy zdąży poznać prawdę, zanim będzie za późno?

Brad Pitt grając w tym filmie, miał dwadzieścia pięć lat, lecz spokojnie można by mu dać jeszcze z dziesięć mniej. Ciemna strona słońca była jego pierwszym poważnym filmem i choć w wielu miejscach można by się czepiać jego raczkującej jeszcze gry aktorskiej, to już wtedy widać było w nim zadatki na świetnego aktora. Odtwórca głównej roli zepchnięty został jednak na bok przez fabułę i muzykę. Fabuła, jak na tamte czasy, musiała spotkać się z uznaniem, dziś bowiem nie zrobiłaby już na nikim większego wrażenia - stała się kolejnym oklepanym motywem, widzieliśmy to wszak już ze sto razy. Za to muzyka, muzyka jest piękna. Zarówno wykorzystane utwory klasyczne, jak i specjalnie stworzone kompozycje, czynią cały obraz urzekającym, odsuwając jego tragiczny wymiar aż w ciemną stronę słońca.

niedziela, 27 października 2013

Siedem lat w Tybecie

To drugi (a może już trzeci?) ulubiony film z Bradem Pittem w całej stawce. W dodatku nie tylko sam główny bohater czyni ten film wyjątkowym, a jego tematyka. Opowieść powstała na podstawie autobiografii Heinricha Harrera, to przede wszystkim historia o duchowej podróży w głąb siebie, a ja zgodzę się z tym, jeśli przyjmiemy, że taką podróżą nazwać możemy dorastaniem. I dojrzewaniem. Bo o tym właśnie jest ta historia.


Heinrich Harrer (Brad Pitt) jest austriackim mistrzem wspinaczki, olimpijczykiem, zdobył złoty medal. Mimo iż jego młoda żona spodziewa się dziecka, Harrer podejmuje się wyruszenia z ekspedycją, której celem jest zdobycie szczytu Nanga Parbat. Lawina pokrzyżuje jego plany, a on sam, wraz z przyjacielem, zostanie aresztowany i wcielony do obozu jenieckiego. Tu, na dachu świata, zastała go wojna. Otrzymane w obozie papiery rozwodowe motywują Heinricha do ucieczki. Po dwóch latach snucia się po łańcuchach górskich uciekinierzy trafiają do Lhasy, stolicy Tybetu. Tam Harrer spotka młodego Dalajlamę (Jamyang Jamtsho Wangchuk), którego zostanie nauczycielem. Tak przynajmniej było na początku. Bo to dzięki Dalajlamie Harrer dojrzeje i dorośnie. I to młody przywódca duchowy Tybetu okaże się nauczycielem dla utytułowanego sportowca. Ich wspólna droga przyniesie korzyści obu stronom.


Nie czuję się winna, że zdradzam Wam tak wiele. W przypadku tego filmu nie jest to grzechem, ani przestępstwem. Ale o wiele więcej w Wasze życie wniesie obejrzenie go niż tylko przeczytanie opisów i streszczeń dostępnych w Internecie. Zrozumiem, że może nie zachwycić gra Pitta (choć mnie zachwyciła, zwłaszcza sposób, w jaki pokazał przemiany zachodzące w głównym bohaterze), zrozumiem, że młodzieniec grający Dalajlamę również może nie zrobić wrażenie (a zrobi, jestem tego pewna), ale zdjęcia, muzyka i cała sceneria Tybetu zachwyci i przekona Was na pewno. Ewentualnie wcześniej możecie przeczytać książkę. Jeśli wzruszycie się przy lekturze, będziecie mogli udawać twardych w czasie seansu. To chyba też część dorastania.


sobota, 26 października 2013

Wichry namiętności

Plotka głosi, że to najlepszy film w całej aktorskiej karierze Pitta. I chyba rzeczywiście tak było, aż do momentu, gdy w 2006 roku zagrał w innym filmie, który przyćmił światło Ocean's Eleven i jego kolejnej części oraz wymazał z pamięci widzów Mr&Mrs Smith. Ale wracając do roku 1994, reżyser Edward Zwick wziął na warsztat znakomitą powieść Jima Harrisona Legends of the Fall. W ten sposób powstał film, który ocenia się jako znakomity, genialny, targający uczuciami, słowem - idealny.


Pułkownik William Ludlow (Anthony Hopkins) mieszka pod lasem wraz ze swymi synami. Matka chłopców przeniosła się do miasta tłumacząc, że tutejszy klimat jej nie służy. Nigdy nie wróciła, choć z mężem utrzymywała kontakt listowy. Najstarszy syn, Alfred (Aidan Quinn) starał się żyć zgodnie z zasadami wpajanymi im przez ojca. Średni, Tristan (Brad Pitt), wręcz przeciwnie. Łamał zakazy, chadzał własnymi drogami. Najmłodszy, Samuel (Henry Thomas) był ulubieńcem pozostałej trójki. Kochali go i rozpieszczali. Z ciężkim sercem posłali na studia, mając nadzieję, że wróci. I wrócił. Choć nie sam. Pewnego dnia Samuel, poprzedzony listem matki do ojca, przybył do domu z Susannah (Julie Ormond), swą narzeczoną. Dziewczyna oczarowuje również pozostałych braci, którzy muszą uciszyć swe uczucia. Wkrótce wybucha wojna, na którą wybiera się Alfred oraz Samuel. Wybiera się także Tristan, by mieć na oku braci, zwłaszcza młodszego. W czasie bitwy Samuel jednak ginie, a Tristan wysyła do domu Alfreda, by dopilnował pochówku ulubieńca rodziny. Susannah, pogrążona w żałobie, będzie musiała stanąć w obliczu wyboru, który być może podzieli braci.


Więcej Wam nie powiem. Mogłabym, ale tego nie zrobię, bo ta fabuła zasługuje na to, by ją po prostu zobaczyć. Niesamowity Hopkins, ale czego innego należało się spodziewać? Aidan Quinn partnerujący Pittowi zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, co ciekawe oprócz Blinka nie kojarzę żadnego z pozostałych filmów, w których się pojawił. Ale to Brad Pitt zagrał tu fenomenalnie i połączył ten film ze swoją osobą już na zawsze. Jakiekolwiek głosy o tym, by kręcić remake giną w protestach, że to niemożliwe, bo przecież kto inny miałby zagrać Tristana Ludlowa? Podobnie jak w poprzednich filmach Pitta, również i tu możemy zobaczyć tę charakterystyczną dla niego grę spojrzeniem. Zauważyłam to i tak to nazywam, aczkolwiek wiem, że inni mogą się ze mną nie zgodzić. Jednak wydaje mi się, że mam rację. Większa część talentu aktorskiego Pitta polega na umiejętności gry samą twarzą, mimiką odpowiednią do wypowiadanych kwestii, lekkim skrzywieniem warg czy uniesieniem brwi. Są aktorzy grający całym ciałem, to również utalentowani osobnicy, ale twarz, która pokaże tysiąc i jedną emocję? Takich twarzy jest niewiele. Ale taką właśnie twarz otrzymał Tristan Ludlow. Dzięki Pittowi.


czwartek, 24 października 2013

Zabić, jak to łatwo powiedzieć

Oglądanie tego filmu zaowocowało wnioskiem, który zdarza mi się kilka razy w ciągu roku. Otóż w ciągu całego seansu nie opuszczała mnie myśl, jak bardzo cieszy fakt, że jednak nie dotarłam na ten film do kina. Bo zdecydowanie żal by mi było wydanych na seans pieniędzy.


Przede wszystkim nie ufajcie opisowi filmu, który udostępnia dystrybutor. Zgodnie z nim główny bohater, Jackie Cogan (Brad Pitt) jest płatnym zabójcą, którego sława wyprzedza o kilka stanów. Można go wynająć do czarnej roboty i właśnie w takim celu przybywa do Nowego Orleanu: ma dokonać zemsty i odzyskać pieniądze. Czas pokaże, że zemsta będzie, a pieniądze stanowić będą jedynie jego wynagrodzenie. Ale po kolei. Cała historia zaczyna się, gdy facet o pseudonimie Wiewióra wpada na pomysł, by zorganizować napad na mafijnego pokera. Historia taka miała już miejsce, jednak ówczesny winowajca wykręcił się sianem, co w sytuacji powtórzenia się takiego napadu uczyni go automatycznym podejrzanym. Plan jest więc genialny w swej prostocie: Wiewióra i jego wspólnicy, Frankie (Scott McNairy) i Russell (Bob Mendelsohn) zgarniają całą pulę, zaś wina spada na Markiego Trattmana (Ray Liotta). Plan spełnia się w stu procentach. No, może nie do końca. Rozwścieczeni mafiosi pałają żądzą zemsty. W mieście pojawia się Jackie, który proponuje usunięcie całej czwórki, łącznie z Trattmanem, w którego niewinność tym razem wszyscy wierzą. Ale Jackie woli zdać się na opinię publiczną, a ta nie ma zamiaru ufać Trattmanowi, ani pozwolić, by znów uszło mu cokolwiek na sucho. Jackie chciałby też zagrać jeszcze kiedyś w pokera, a to nie będzie możliwe, jeśli wszyscy będą trząść portkami w obawie przed następnymi napadami. Rozpoczyna się polowanie.


Jak dla mnie - nudny. Naprawdę, widziałam już kilka filmów o płatnych zabójcach, jak choćby Tożsamość Bourne'a, Leon zawodowiec, czy Święci z Bostonu, i wiem, że można z tego zrobić kawałek naprawdę dobrego kina. A tutaj mamy kryzys, zupełnie jak ten ekonomiczny, o którym cały czas słyszymy w tle z przemówień Busha czy Obamy. Jedyne, co ratuje ten film, to - nie, nie Pitt, choć jest całkiem dobry - dialogi. Dialogi między bohaterami, zwłaszcza te, w których pojawia się Jackie Cogan, stanowią majstersztyk argumentacji i cynizmu. Aż się chce słuchać. Ale nie oglądać. Można sobie pobrać dokument tekstowy i przeczytać z zapartym tchem, pomijając wzrokiem sporą ilość przekleństw. Zwłaszcza ostatni monolog Cogana zapada w pamięć, a na pewno jego końcowe zdanie: W Ameryce nie chodzi o naród, tylko o interesy. Nic dodać, nic ująć.